Artykuły/wywiady

Jan Jakub Bokun w audycji Beaty Stylińskiej

Aby posłuchać całej rozmowy z Janem Jakubem Bokunem i dowiedzieć się o atrakcjach festiwalu Clarimania, a także o upodobaniach i planach fonograficznych i koncertowych artysty, wystarczy kliknšć ikonę dŸwięku w ramce "Posłuchaj" po prawej stronie pod poniższym adresem:

wywiad w Polskim Radiu Program Drugi




Jan Jakub Bokun w wywiadzie Izabelli Starzec
MUSICALIA Listopad 2007

Uhonorowana Wrocławską Nagrodą Muzyczną płyta Impresiones Argentinas, nagrana wspólne z gitarzystą Krzysztofem Pełechem jest Twoją czwartą płytą wydaną samodzielnie pod szyldem JBRecords, firmą, którą założyłeś - jeśli się nie mylę - w 2005 roku.

Kiedy kilka lat temu upadła firma Koch Classics Poland począłem czynić starania o odzyskanie praw do mojego albumu From the Shadow to the Light. Krążek ten był moim płytowym debiutem, znakomicie przyjętym przez kolegów z branży i krytyków muzycznych w kraju, USA, Francji i Niemczech. Po ponad rocznej batalii z likwidatorem majątku Koch Classics, w której sekundował mi kuzyn-prawnik, udało mi się odkupić prawa do płyty. Jej wznowieniem zainteresowała się wtedy firma CDAccord. Gdy po kilku miesiącach album gotowy był do produkcji (nowa szata graficzna, korekta bookletu etc.) CDAccord nagle zrezygnowała ze wznowienia. Stanąłem przed dylematem - spędzić kilka miesięcy szukając nowego wydawcy płyty czy też szybko wyprodukować krążek samemu?

Skąd ten pośpiech?

Rzecz działa się w czerwcu 2005 roku, tymczasem w lipcu zaproszony byłem na Światowy Kongres Klarnecistów Clarinetfest do Tokio. Nie było czasu do stracenia! Poprosiłem grafika by zaprojektował mi logo JBRecords. Zainwestowałem kilkanaście tysięcy złotych oszczędności i po dwóch tygodniach miałem gotowe płyty. Prawie cały nakład zmieścił się pod łóżkiem w sypialni.

Czy ten krok miał Cię uwolnić od ludzi, czy od mechanizmów funkcjonowania wytwórni?

Wtedy wcale nie myślałem w takich kategoriach. Jak widzisz JBRecords powstała przez zupełny przypadek! Jeśli oczywiście cokolwiek w naszym życiu dzieje się przez przypadek...

Największa zmora artysty, który nagrywa dla wytwórni płytowych?

Myślę, że artyści związani kontraktem z dużymi koncernami płytowymi nie mają powodów do narzekań. Flecista Emmanuel Pahud (EMI), bracia Capuçon (Virgin Classics), czy nasz Rafał Blechacz (Deutsche Grammophon) mają zapewnione wprost cieplarniane warunki do pracy. Wspólnie z wytwórnią ustalają programy płyt, miejsce i termin realizacji nagrań, dobierają muzycznych partnerów. Firmy zapewniają też znakomitą promocję w mediach, na targach muzycznych etc., o honorariach nawet nie wspominając.

Takiego szczęścia dostępują jednak tylko nieliczni.

Oczywiście. Większość, która nie jest związana kontraktem z żadną wytwórnią, zmuszona jest do finansowania własnych produkcji fonograficznych, często płacąc wydawcy słony haracz. Oczywiście ta sytuacja ma miejsce na całym świecie, nie tylko w naszym kraju. O tym, że nie warto zdawać się na łaskę i niełaskę fonograficznych gigantów przekonały się jako pierwsze słynne orkiestry symfoniczne, które dziś same produkują i wydają płyty. Label LSO Live wydający odpowiednio przygotowane (mam tu na myśli korekty montażowe) koncertowe nagrania London Symphony Orchestra okazał się już w pierwszym roku potężnym sukcesem artystycznym i komercyjnym. Własne płyty wydaje dziś Royal Concertgebouw Orchestra z Amsterdamu (RCOLive) czy London Philharmonic. W ślad orkiestr europejskich ruszyli Amerykanie. Już dwa albumy wydała w tym roku Chicago Symphony a całą serię płyt nagranych „live” zapowiada Saint Louis Symphony. Ciekawe kiedy któryś zespołów też wpadnie na ten pomysł...

Co, lub kto rządzi polską fonografią w branży tzw. klasycznej?

Są dwie duże, wyróżniające się wytwórnie - Dux i CDAccord. Oprócz nich również kilka mniejszych - jak np. BeArTon, który wydaje niewiele tytułów, ale za to robi to bardzo starannie. Zadziwiający jest brak mecenatu państwowego w dziedzinie fonografii. Wprawdzie Ministerstwo Kultury od czasu do czasu finansuje niektóre nagrania muzyki polskiej, ale firma z tak fantastycznymi tradycjami jak „Polskie Nagrania” już od lat wegetuje... Płyty CD wydaje też ostatnio Polskie Radio - z bardzo różnym skutkiem.

Od czego zacząłeś, podejmując decyzję o rozpoczęciu własnej działalność fonograficznej?

Kiedy w 2005 roku wydałem From the Shadow to the Light, zrobiłem to jako osoba prywatna. Firmę założyłem później niejako z konieczności - okazało się bowiem, że jest ona niezbędna by płyty trafiły do oficjalnej dystrybucji, choćby w sieci Empik. Cóż, procedury dotyczące zakładania działalności gospodarczej są dość żmudne i mało ciekawe. Zainteresowanych odsyłam na odpowiednie strony www. Sam do dziś gubię się w papierach, więc dość często korzystam z pomocy mojej ładniejszej połowy oraz zaprzyjaźnionego księgowego...

Gdzie dokonujesz nagrań?

Wiele zależy od możliwości finansowych, ale i technicznych - praktyczne myślenie w przypadku sesji nagraniowych może wszystkim bardzo ułatwić życie. Łatwiej było - w przypadku powiedzmy Impresiones Argentinas - pojechać razem z Krzyśkiem Pełechem oraz Emilem Woźniakiem - reżyserem nagrania do Ołomuńca na próby i nagranie, niż ściągać całą orkiestrę do Wrocławia. Do tego sala koncertowa Filharmonii Morawskiej - „Reduta”, słynie ze świetnej akustyki, dającej okrągły i ciepły dźwięk. U nas na salę koncertową z prawdziwego zdarzenia trzeba jeszcze będzie poczekać....

Ale mamy przecież Duże Studio Polskiego Radia...

Owszem, i obaj z Krzyśkiem bardzo lubimy pracować w studiu radiowym. Tam zresztą, powstały albumy Consortium Musicum oraz Duo Guitarinet-10th Anniversary Album. To dobra sala, tylko...bezużyteczna w chłodniejszą porę roku. Problemem jest po prostu brak szczelnych okien. Kiedy jest zimno, wszyscy muzycy odczuwają duży dyskomfort gry: szwankuje intonacja, instrumenty gorzej brzmią, w klarnecie szybko gromadzi się woda pod klapami etc. Doprawdy, trudno z nagraniami dopasowywać się do pór roku.

No dobrze, ale w końcu przychodzi etap, kiedy problemy z nagraniem są już za Tobą. Co dalej?

Założyłem sobie, że płyty pod szyldem JBRecords będę wydawał w digipackach, a więc kartonikach, które znacznie lepiej wyglądają od zwykłych plastikowych pudełek. Wszystkie cztery tytuły wydałem właśnie w tym formacie - kosztowniejszym w produkcji, ale dużo ciekawszym pod względem estetycznym. Sama szata graficzna płyty wydaje mi się czymś niezwykle istotnym - coś musi skłonić potencjalnego słuchacza do wzięcia płyty do ręki, a zdarza się przecież, że nazwiska wykonawców czy program płyty nie są wystarczającą rekomendacją. Dlatego też wspólnie z moim fenomenalnym grafikiem, Robertem Leonhardem, pracujemy do upadłego nad dopieszczeniem designerskich szczegółów płyty. Oczywiście sam projekt graficzny jest zawsze dziełem Roberta.

Do kogo chciałbyś dotrzeć ze swoimi płytami?

Zależy nam na publiczności, ale na „naszych” zasadach - najbardziej liczy się pomysł na płytę i jakość jego realizacji (a zatem wewnętrzne przekonanie o wartości albumu, które czasem musi nam wystarczyć). Ideałem byłoby trafić do melomanów, młodszych muzyków ze szkół, studentów, kolegów z branży oraz krytyków muzycznych. To jednak nie jest możliwe. Rynek płytowy jest bowiem w naszym kraju wciąż bardzo słabo rozwinięty. Niewielu jest melomanów regularnie kupujących płyty. Natomiast muzycy - co szczególnie zasmuca - często zupełnie nie interesują się fonograficznymi nowinkami („przecież i tak nikt nie zagra lepiej Koncertu Czajkowskiego od Ojstracha - po co więc sięgać po płytę Repina czy Shahama?”).

Jednak w jakiś sposób trzeba ich zainteresować.

Obecność płyt JBRecords w salonach Empik jest czymś szalenie istotnym - tam wciąż melomani nie tylko kupują konkretne krązki, ale i przeglądają półki w poszukiwaniu ciekawostek i nowości. Nowy tytuł jest zawsze dobrym prezentem, również dla znajomych dziennikarzy. Choć oczywiście taki prezent nie gwarantuje odzewu. W każdym razie staram się nawiązać kontakty z mediami, ale nie narzucam się.

Tym bardziej więc cieszą bardzo pozytywne recenzje w zagranicznej i polskiej prasie muzycznej oraz ciepłe słowa melomanów pod adresem krążków wydanych pod szyldem JBRecords. Czy zatem Wrocławska Nagroda Muzyczna będzie pomocna, jako narzędzie promocji?

Fakt, że album Impresiones Argentinas znalazł uznanie u członków Kapituły oraz, że wśród tegorocznych nagrodzonych były tej miary osobowości co: Jacek Kaspszyk, Mariusz Treliński czy Paul McCreesh jest dla naszej płyty najwspanialszą rekomendacją. To nasz trzeci krążek (choć pierwszy z udziałem orkiestry) nagrany wspólnie z Krzysztofem, który na początku naszej znajomości niemalże hipnotycznie wciągnął mnie w meandry kameralnego muzykowania i zaszczepił niegasnącą fascynację muzyką Ameryki Południowej. Można więc śmiało powiedzieć, że na zaszczytne wyróżnienie pracowaliśmy razem w duecie jedenaście lat.

Płyta powinna, czy też, mogłaby być znana z radia.

Program II Polskiego Radia dość regularnie korzysta z moich płyt. Na antenie Dwójki rozbrzmiewały Hommage a Guastavino, From the Shadow to the Light oraz fragmenty Duo Guitarinet. O Hommage opowiadałem też kiedyś w niedzielnej “Płytomanii” Jacka Hawryluka. Moje płyty dostrzegają dziennikarze Radia Wrocław (kiedyś Małgorzata Cichocka i Janusz Mencel, a dziś Ania Fluder i Mariusz Marks), choć prezentują je w inny sposób niż niekomercyjna „Dwójka”. Myślę, ze radio to dla płyt wciąż najlepsze medium. Znakomity Program II poświęca im sporo miejsca, ale brakuje ciągle pisma płytowego z prawdziwego zdarzenia, jak brytyjski „Gramophone” czy francuski „Diapason”. Rodzime pisma muzyczne recenzują znikomy procent nowości płytowych, które ukazują się każdego miesiąca.

Czy wykorzystujesz wszystkie możliwości, które daje internet?

Staram się, by moja strona internetowa www.bokun.art.pl zawierała nie tylko aktualne informacje, ale i pliki mp3 prezentujące fragmenty płyt czy nagrań „live”, jak i krótkie filmy z koncertów.

...myślę też o dystrybucji on-line.

Prawdopodobnie wkrótce to uczynię. Niedawno temu, zaprzyjaźniony saksofonista z Francji, podał mi adresy kilku witryn zajmujących się globalną sprzedażą płyt różnych wytwórni - nawet takich najmniejszych, nikomu nieznanych. Funkcjonuje to następująco: wysyła się im próbkę nagrania, która jest digitalizowana i dokładnie opisana. Dystrybutor tworzy też na swojej stronie www podstronę tej płyty. Umieszcza się tam pliki dźwiękowe, recenzje, skany okładki, notki artystów etc. Oczywiście podpisuje się umowę, ustala cenę i... czeka na sprzedaż. Za każdą sprzedaną płytę witryna pobiera odpowiednią prowizję. W opisywanym przypadku są to zawsze cztery dolary. Reszta trafia na konto artysty.

I tak, pomału, odchodzimy od tradycyjnej sprzedaży...

...lub poszukujemy nowych sposobów. Edyta Górniak wydała niedawno płytę w Agorze, dzięki czemu album trafił do niemal wszystkich punktów z prasą w kraju. Był to strzał w dziesiątkę. Bardzo żałuję, że sam nie mam takiego refleksu! Podoba mi się np. pomysł firmy Deutsche Grammophon. Najciekawsze nagrania z dwóch ostatnich sezonów koncertowych Filharmonii Nowojorskiej można zakupić np. na iTunes jako tzw. „downloads”. Tyle, że oprócz samych utworów możemy wydrukować sobie również booklet i cover płyty tak, by po przycięciu i włożeniu okładek do pudełka otrzymać album, który niewiele różni się od tego ze sklepu. Pomysł chwycił - ostatnio pojawiły się też nagrania z londyńskich Promsów, Los Angeles Philharmonic, Gewandhausorchester Leipzig czy English Chamber Orchestra. Koszt takiego albumu to kilka do kilkunasto euro. Myślę, że niedługo wszyscy będziemy szukali nowych kanałów dystrybucji. Bardzo jestem ciekaw co czeka nas za parę lat.

Może zmierzch płyt, skoro wirtualny świat pozwala obniżyć koszty i zdobyć nagrania za stosunkowo niewielkimi opłatami....

Nie sądzę. Pierre Boulez też postulował kiedyś by spalić teatry operowe, tymczasem dziś dobre przedstawienia Pucciniego, Verdiego, Masseneta, Czajkowskiego czy Straussa przyciągają w dużych ośrodkach muzycznych komplety publicznośći. Płyty pozwalają zaś artyście pozostawić po sobie trwalszy ślad. Jak w piosence Marka Grechuty do pięknego wiersza Gałczyńskiego - „Ocalić od zapomnienia”... Płyta to trwały ślad, wspomnienia po najlepszym nawet koncercie pozostają jedynie w ludzkiej pamięci.

Widzisz zatem sens istnienia swojej wytwórni płytowej w obecnym kształcie?

Jak najbardziej! Swoboda artystycznych poczynań jest dla mnie bezcenna!

Gdybyś jeszcze raz miał zacząć....

Może wcześniej zabrałbym się za wydawanie własnych tytułów? Kto wie...




CONSORTIUM MUSICUM W PAŁACU HERBSTA
Wywiad z 25.02.2006, Gazeta Wyborcza, Łódź

Magdalena Sasin: Czy Consortium Musicum to Pański pomysł?

Jak Jakub Bokun: Trio powstało z mojej inicjatywy pięć lat temu. Sporo wnoszą więzy krwi: na altówce gra mój młodszy o pięć lat brat Bartosz, a z Magdaleną Blum znamy się jeszcze ze studiów.

Ale gra Pan też w innych zespołach?

Tak, w duecie Clarideon z akordeonistą Michałem Mocem, w Duo Guitarinet z Krzysztofem Pełechem i we Wrocławskim Kwintecie Klarnetowym.

Jak znajduje Pan zatem czas na grę solową?

Moją ulubioną formą muzykowania jest kameralistyka i w tej roli czuję się najlepiej. Ale zdarza mi się też występować solo, np. w słynnym „Koncercie Klarnetowym” Mozarta. Poza tym prowadzę klasę klarnetu we Wrocławskiej Akademii Muzycznej i coraz częściej dyryguję.

W skład Consortium Musicum wchodzi klarnet, altówka i fortepian. Chyba nie jest łatwo znaleźć utwory na taki zestaw instrumentów?

Ta formacja ma dużo więcej szczęścia do repertuaru niż pozostałe zespoły, w których gram. Literatura jest dość bogata: utwory Mozarta, Schumanna, Brucha, austriackiego kompozytora neoromantycznego Alfreda Uhla, muzyka współczesna, np. György'ego Kurtága. Czasem dokonujemy też własnych aranżacji.

W Łodzi wystąpi Pan nie po raz pierwszy...

Miałem szczęście pokazać łódzkiej publiczności różne oblicza klarnetu: grałem tu solo z orkiestrą Filharmonii, kilkukrotnie z Krzysztofem Pełechem jako Duo Guitarinet i w duecie Clarideon. Występowałem w starym gmachu filharmonii, kościele św. Mateusza, Pałacu Herbsta i Akademii Muzycznej. Spośród tych miejsc szczególnym sentymentem darzę Pałac Herbsta. Organizatorom „Salonu muzycznego” udało się stworzyć coś zupełnie niezwykłego: wychować wierną i spragnioną muzyki kameralnej publiczność. Atmosfera do muzykowania jest tam naprawdę doskonała.

Jaki repertuar usłyszymy w sobotę?

Program jest skonstruowany wokół dwóch arcydzieł muzyki kameralnej: „Tria Kegelstatt” Wolfganga Amadeusza Mozarta i „Opowieści baśniowych” op. 132 Roberta Schumanna. Świat muzyczny pochłonięty jest teraz obchodami Roku Mozartowskiego - 250. rocznicy urodzin genialnego kompozytora. Ale w tym roku przypada też 150. rocznica śmierci Schumanna, o której mówi się znacznie mniej. W Polsce Schumann jest ciągle w cieniu Chopina, a tymczasem „Opowieści baśniowe” to prawdziwa perełka kameralistyki!

W programie drugiej części koncertu znalazło się kilka rzadziej spotykanych nazwisk...

Francuz Guillaume Connesson reprezentuje nurt minimal-music, nawiązując w swej twórczości do dorobku Amerykanina Johna Adamsa. Disco-Toccata to muzyka żywiołowa, płynąca wartkim nurtem, pogodna, wręcz energetyzująca. Paquito D'Rivera, znany fanom muzyki jazzowej, jest kubańskim klarnecistą, saksofonistą i kompozytorem, od lat mieszkającym w Stanach Zjednoczonych. Jego „Danzon” nawiązuje do popularnej meksykańskiej formy tanecznej, granej zwykle przez duże orkiestry.

Każdy muzyk tria zaprezentuje się też solo.

Magdalena Blum zagra „Rapsodię Węgierską nr 10” Liszta, a Bartosz - 2 sonaty na altówkę i fortepian Paganiniego. Wspólny mianownik dla utworów Schumanna, Liszta i Paganiniego to epoka romantyzmu i romantyczna wirtuozeria. Ja zaproponuję utwór czeskiego kompozytora Petera Grahama „Jina geometrie”, co oznacza „inna, zmienna geometria”. Utwór powstał na otwarcie wystawy pod tym samym tytułem, która miała miejsce w Pradze kilka lat temu. Podobnie jak „Disco Toccata”, „Zmienna Geometria” stanowi przykład ciekawej muzyki współczesnej przystępnej dla szerokiego kręgu słuchaczy.




LEONARD BERSNTEIN IN MEMORIAM
Jan Jakub Bokun

Jego śmierci nie przeczuwał chyba nikt, może z wyjątkiem jego samego i garstki najbliższych mu ludzi. Odszedł 14 października 1990 roku, w pełni wspaniałej muzycznej kariery, po wyczerpującej i beznadziejnej walce z rakiem, do samego końca utrzymywanej w tajemnicy. Przeżył 72 lata, a dorobkiem jego pracowitego życia można by wypełnić nie jedną a kilka artystycznych biografii.

Zakres jego działalności był ogromny, i chociaż Bernstein zasłynął przede wszystkim jako dyrygent, to jednak po kres swoich dni pozostał aktywnym pianistą, kompozytorem, pisarzem, poetą, wykładowcą, popularyzatorem muzyki, konferansjerem, człowiekiem mediów i twórcą programów edukacyjnych. To z jego inicjatywy powstały Schleswig-Holstein Music Festival and School, BETA Fund, Los Angeles Philharmonic Institute for the training of young musicians oraz Pacific Music Festival. To właśnie Bernstein rozkochał miliony swoich słuchaczy w prawdziwej muzyce.W programach z cyklu OMNIBUS czy YOUNG PEOPLE'S CONCERTS wykorzystał podium jako rodzaj ambony, nauczając publiczność radości muzykowania i pomagając jej zmienić wyobrażenie o muzyce. Był pełnym pasji wykładowcą obdarzonym zdolnością mówienia w sposób prosty, lecz bez trywializacji. Jego niebanalne i pełne uroku prelekcje oraz inteligentne komentarze sprawiały, że nawet trudne i niedostępne dla zwykłej publiczności dzieła literatury muzycznej stawały się przystępne i zrozumiałe.

Publiczność i muzycy uwielbiali Bernsteina, podziwiali jego niesłabnącą energię, muzykalność, charyzmę i erudycję. Guy Dangain - pierwszy klarnecista Narodowej Orkiestry Francuskiej, a zarazem przyjaciel Bernsteina, powiedział kiedyś : "Lenny nigdy się nie oszczędzał. Bez względu na to, czy prowadził zwykłą próbę czy ważny koncert poświęcał się muzyce bez reszty. Cała orkiestra kochała go i grała tak, by sprawić mu jak największą radość". Jakże rzadko w dzisiejszym świecie muzyki, świecie pełnym zmanierowanych gwiazd i wygórowanych honorariów, zdarza się aby zawodowa orkiestra grała tak, by swojemu dyrygentowi sprawić "jak największą radość"...

Żaden inny muzyk w XX wieku nie zdążył i nie zdołał zrobić tego, czego dokonał Bernstein. Nikomu nie udało się napisać tylu wartościowych artykułów i książek, wystąpić w kilkudziesięciu programach telewizyjnych własnego autorstwa, prowadzić wykłady na uniwersytetach i występować publicznie jako pianista. Bernstein - kompozytor był autorem muzyki kameralnej, filmowej, symfonii, baletów, oper oraz muzyki dla Broadway'u. Jako dyrygent ofiarował nam dziesięciolecia niezapomnianych spektakli muzycznych, a wykonaniami dzieł Mahlera, Brahmsa czy Strawińskiego dowiódł swojej głębokiej muzykalności, przekraczającej wszelkie kulturowe bariery i granice. Jego interpretacje zawsze zawierały coś, co Dmitri Mitropoulos nazywał czynnikiem sportowym w muzyce - element przygody, zaciekawienia i eksperymentu. Nie brakowało im też tej odrobiny bezwstydu i ekstrawagancji, bez których nie podobna myśleć poważnie o sztuce. Bernstein żył muzyką, którą wykonywał. Pragnął upajać nią siebie samego i wszystkich innych. By to osiągnąć nie wstydził się łez, podskoków i szaleństw. Kiedyś, gdy występował ze swą ulubioną europejską orkiestrą symfoniczną, to znaczy z Wiedeńskimi Filharmonikami, prezentując "Uwerturę Akademicką", obyczajem niemieckich korporantów stanął na baczność, obciągnął ręce wzdłuż szwów spodni i..... "przekiwał" się w rytm Gaudeamus igitur.

Bernstein szokował niekonwencjonalnym zachowaniem, swymi wypowiedziami na temat seksu, narkotyków i polityki amerykańskiej. Kontrowersyjne były też jego poglądy polityczne. Popierał np. skrajnie radykalną murzyńską partię Czarnych Panter. Próby prowadził z nieodłącznym papierosem w ustach, a dyrygując potrafił podśpiewywać i podskakiwać. TIME zarzucił mu kiedyś, że na podium "stał się parodią samego siebie", ale zrobiło to na nim, jak się zdaje, niewielkie wrażenie, gdyż odpowiedział : "Gdybym był kimś innym, to bym sobie zazdrościł".

Podziw, uznanie i miłość jaką otaczano Bernsteina przez długie lata wydają się być niespotykane, może z wyjątkiem gwiazd pop kultury. Ale to uwielbienie, zachwyt i pochlebstwa jakby do Lenny'ego nie docierały. Jego ostatnie lata cechowały głównie rozpacz i frustracja, a whisky, papierosy, Valium, insomnia i psychiczne cierpienie były tak nieodłączne jak sława i tłumy wielbicieli.

"Właściwie od dawna powinienem już nie żyć. Palę od zawsze, piję, całymi nocami nie sypiam, nie mam chwili wolnego czasu" - powiedział z okazji swych 70-tych urodzin w Tanglewood. I właśnie Tanglewood, gdzie Bernstein debiutował jako dyrygent stało się miejscem jego pożegnania z muzyką. W programie ostatniego koncertu z Bostońską Orkiestrą Symfoniczną, który odbył się 19 sierpnia 1990 roku znalazły się Cztery Morskie Interludia z "Peter'a Grimes'a" Brittena oraz VII Symfonia Beethovena. Bernstein był już wtedy śmiertelnie chory i dyrygował inaczej. Nie było podskoków, młodzieńczej energii ani baletowej ekstazy, którą sam nazywał "Lenny dance". Maestro z trudem unosił ręce, a między atakami kaszlu z wyraznym wysiłkiem próbował łapać oddech. Allegretto - druga część symfonii Beethovena, była ciężka i wolna jak marsz pogrzebowy. W trzeciej części, którą prowadził opierając się o barierkę podium i kurczowo łapiąc oddech, sprawiał wrażenie człowieka stawiającego czoła śmierci...

Ostatnie tygodnie życia spędził na wózku inwalidzkim i środkach uśmierzających ból, podłączony do kroplówki i tuby z tlenem, którą - mimo zakazów - od czasu do czasu zamieniał na papierosa.

Kiedy jego kondukt pogrzebowy przechodził przez Brooklyn, ludzie na ulicach zatrzymywali się, machali na pożegnanie i wykrzykiwali "Goodbye, Lenny". Żegnaj Lenny......




wywiad dla TWOJEJ MUZY - wrzesień - październik 2005
z Janem Jakubem Bokunem rozmawia Sylwia Praśniewska

Jak Pan wspomina początek swojej muzycznej drogi?

Przygodę z muzyką rozpocząłem w wieku ośmiu lat jako pianista, we wspaniałej Szkole Muzycznej przy Rondzie Powstańców Śląskich we Wrocławiu. Pochodzę z muzykalnej rodziny, mama ukończyła średnią szkołę muzyczną jako pianistka, a ojciec przez wiele lat śpiewał w Chórze Uniwersytetu Wrocławskiego - Gaudium. A mimo to, wybór muzyki jako drogi życiowej (podobnie postapił też mój młodszy brat, Bartosz, który jest altowiolistą) był dla rodziców pewnym zaskoczeniem. W pierwszych latach nauki moje zainteresowanie pianinem ograniczało się do niezbędnego minimum, bardziej pasjonowało mnie wówczas sklejanie samolotów. O dziwo jednak część pedagogów wróżyła mi wtedy pianistyczną przyszłość!

Dlaczego postanowił Pan grać na klarnecie?

Kiedy po trzech latach nauki przyszła pora na wybór instrumentu dodatkowego, początkowo chciałem grać na gitarze, potem pani dyrektor przekonała mnie do oboju, a w ostatniej chwili - już na początku roku szkolnego - wybrałem klarnet. Zachęcił mnie wujek, architekt oraz zdolny muzyk-amator, wówczas początkujący klarnecista-samouk. Do dziś nie bardzo swój wybór rozumiem... Podpatrując zmagania wujka Alberta z kiksującym instrumentem, musiałem w jakiś sposób ulec klarnetowej fascynacji! W wyborze instrumentu było więc sporo przypadku, ale i szczęśliwy zbieg okoliczności. Proszę sobie wyobrazić, czym stałoby się życie moich bliskich czy sąsiadów, gdybym wybrał np. trąbkę...

A na jakim modelu klarnetu Pan gra?

Jestem w szczęśliwej sytuacji, ponieważ instrumenty oraz ich serwisowanie zapewnia mi francuska firma Selmer. Jako student grałem na klarnetach firmy Buffet-Crampon, znałem więc właściwie całą ofertę rynku instrumentów. Mój pierwszy album płytowy,,From the Shadow to the Light” nagrałem jeszcze na modelu Recital, o bardzo ciepłym, głębokim brzmieniu. Kilka lat temu jego miejsce zajął jednak nowszy model - Signature, którego koncept dźwiękowy jest nieco inny. Instrument ten jest lżejszy, bardziej elastyczny i doskonale sprawdza się w różnych rodzajach muzyki. To bardzo starannie dopracowany klarnet, najlepszy z modeli obecnie oferowanych przez Selmera.Młodzi muzycy, którzy skarżą się na swoje instrumenty zapominają często, że nawet najlepsze klarnety posiadają drobne niedoskonałości, które grający musi kompensować. Czasem zdarza mi się spotykać młodych klarnecistów uparcie szukających idealnego instrumentu. Pochłonięci zmianami klarnetów, ustników, wciąż niezadowoleni ze stroików czy akcesoriów zdają się zapominać o najważniejszym - muzyce, która nagle schodzi na daleki plan...

Jakie doświadczenia w nauce były dla Pana przełomowe?

Miałem szczęście spotkać na swojej drodze kilku wybitnych muzyków, którzy byli zarazem znakomitymi pedagogami. Szczególne miejsce wśród nich zajmują profesorowie: Mieczysław Stachura i Guy Dangain. Przez długi czas - od PSM II stopnia przy Podwalu po studia we Wrocławskiej Akademii Muzycznej - kształciłem się pod okiem wspaniałego profesora Stachury. Te lata mnie uformowały. Jednak przełomowym momentem w życiu okazało się spotkanie z profesorem Guy Dangainem, wówczas pierwszym klarnecistą Orchestre National de France i profesorem Conservatoire de Paris. W 1995 roku, dzięki zaproszeniu profesora, który zaofiarował mi bezpłatne lekcje, po raz pierwszy wyjechałem do Paryża. Dangain, sam będąc fenomenalnym klarnecistą, potrafi jak nikt inny rozwinąć potencjał artystyczny drzemiący w studentach. Szybko stał się dla mnie,,muzycznym ojcem”. Jego miłość do muzyki, filmu czy literatury, jego olbrzymia joie de vivre, wyrażajaca sie po dziś dzień ( a profesor swiętuje w tym roku 70te urodziny!) niegasnącą ciekawością świata oraz zamiłowaniem do rozmów przy zastawionym stole i dobrym winie na zawsze pozostaną dla mnie wzorem. Dla profesora Dangaina najważniejsze było budowanie artystycznej osobowości młodego muzyka. Dzięki temu uczeń nigdy nie stawał się jedynie kopią mistrza, niezdolną do własnej wypowiedzi artystycznej. Może właśnie dlatego każda lekcja z profesorem była dla mnie przeżyciem.

Kilkakrotnie uczestniczył Pan w Światowych Kongresach Klarnecistów, ostatnio w lipcu tego roku w Tokio, w duecie z akordeonistą Michałem Mocem. Kto tam może pojechać?

International Clarinet Association, główny organizator kongresów ClarinetFest, co roku ogłasza konkurs. Wykonawcy zostają wybrani na podstawie nadesłanych nagrań i propozycji programowych. Podczas ClarinetFest 2005, odbywającego się po raz pierwszy w Japonii, zaprezentowało się ok. 200 solistów i kameralistów z całego świata, w tym wielu wybitnych klarnecistów. Tak więc reprezentowanie Polski na kongresie to nie tylko zaszczyt ale i potworny stres.

Jaki był program ClarinetFest w Tokio?

Oprócz recitali i koncertów kameralnych miały miejsce otwarte lekcje mistrzowskie, jak co roku nie zabrakło też konkursu młodych klarnecistów Young Artist Competition oraz wykładów muzykologicznych związanych z tematyką klarnetową. Czołowi producenci instrumentów podzielili między swoich najbardziej reprezentatywnych artystów wieczorne koncerty galowe, odbywające się z towarzyszeniem orkiestr w wypełnionej sali koncertowej. Wystawcy i producenci instrumentów oraz klarnetowych akcesoriów, płyt CD, wydawcy materiałów nutowych nie kryli zadowolenia - w ciągu pięciu dni ClarinetFest odwiedziło kilkadziesiąt tysięcy ludzi z całego świata!

Dlaczego w trakcie nauki postanowił Pan jeszcze studiować dyrygenturę? Gra na klarnecie przestała Panu wystarczać czy obawiał się Pan o możliwości pracy po studiach?

Dyrygentura pociągała mnie od czasu, gdy zacząłem namiętnie słuchać płyt (jeszcze wtedy winylowych, wypożyczanych w bibliotece miejskiej w Rynku Wrocławskim) i rozwijać swoje muzyczne pasje, a więc od końca lat 80. Długo nie czułem się gotowy do podjęcia studiów dyrygenckich. W końcu, nie mając właściwie pojęcia o dyrygowaniu, spróbowałem swoich sił na wakacyjnym kursie dyrygenckim w Toruniu, u wielkiego Jerzego Salwarowskiego. Nie byłem chyba zupełną nogą, skoro jako jedyny nie-dyrygent znalazłem się wśród szczęśliwców, których maestro wytypował do poprowadzenia koncertu finałowego. To na pewno podziałało mobilizująco.

A czy otrzymane propozycje dyrygowania w Polsce satysfakcjonują Pana?

Obecnie z sezonu na sezon dyryguję coraz więcej, choć oczywiście nie tyle, ile bym chciał. Mój problem jest problemem większości młodych dyrygentów. Filharmonie z oczywistych powodów stawiają na sprawdzone, znane nazwiska, co z jednej strony pozwala sprzedać koncerty, ale z drugiej doprowadziło do sytuacji, że w Polsce praktycznie nie ma zaplecza dla mistrzów batuty. Cieszy mnie jednak fakt, że są orkiestry, do których kolejny raz powrócę w tym sezonie, np. do bardzo dobrej Morawskiej Filharmonii w Ołomuńcu w Czechach.

Dostał Pan liczne nagrody i stypendia, między innymi stypendium ministra kultury i sztuki oraz stypendium Rządu Francuskiego. Czy muzycy polscy mają obecnie dużo możliwości zdobycia funduszy na naukę?

Możliwości uzyskania stypendium na studia zagraniczne jest obecnie więcej dzięki otwarciu granic oraz nowym programom stypendialnym, które za moich studenckich lat jeszcze nie istniały.W przypadku stypendium rządowego pierwsza selekcja następuje w Ministerstwie Kultury. Nieodzownym warunkiem jest udokumentowany kontakt z profesorem zagranicznej uczelni, u którego chcemy się kształcić. Zachęcam moich studentów, by korzystali z każdej formy kształcenia, od kilkudniowych masterclasses po wyjazdy na studia zagraniczne, z których często wracają bogatsi nie tylko o nowe doświadczenia ale i horyzonty myślowe.

Pana kariera rozwija się w szybkim tempie.Ma Pan na koncie dużo sukcesoów. Jak udało się Panu organizacyjnie i finansowo doprowadzić do wydania aż 5 płyt w ciągu kilku lat?

Nigdy się nad tym nie zastanawiałem! Myślę jednak, że ilość albumów nie ma tu żadnego znaczenia - liczy sie przede wszystkim pomysł na plytę i styl jego realizacji. Wszystko zaczyna się od projektu albumu - spójnego stylistycznie programu płyty, zaproszenia muzyków i przekonania wytwórni, że mój pomysł w ogóle jest wart realizacji i że czymś się będzie różnił od innych płyt, które już są, albo dopiero pojawią się na rynku. Potem trzeba pozyskać sponsorów, zorganizować sesje nagraniowe i pilnować spraw wydawniczych. Do tego dochodzi jeszcze promocja płyty... To wszystko nie napawa optymizmem, a jednak zdarzają się miłe niespodzianki! Płyta,"Regreso al Sur" (Dux 415), nagrana z solistami i niezwykle ambitną, młodą Poznańską Orkiestrą Kameralną - Allegria di Vita trafiła na listę bestsellerów muzyki klasycznej tygodnika "Wprost", wyprzedzając album wielkiej primadonny amerykańskiej, Renée Fleming. Byliśmy bardzo mile zaskoczeni, gdyż płyta wcale nie zawierała repertuaru o rozrywkowym, komercyjnym charakterze. Cykl,,Five Tango Sensations” Piazzolli to muzyka zdecydowanie nietaneczna, ukazująca różne oblicza tanga, napisana z myślą o salach koncertowych i raczej wybrednym słuchaczu...

Jednocześnie to muzyka ekspresyjna, zmienna, niezwykła. Dla mnie osobiście "Regreso al Sur" jest najciekawszym z Pana albumów. Skąd Pana fascynacja muzyką króla tanga?

Piazzolla to moja miłość z czasów liceum, a więc gwałtowna i na zawsze pozostająca w pamięci! Kompozytora tego odkryłem dzięki wujkowi kolegi, który był marynarzem i przywoził ze swoich wypraw płyty niedostępne w Polsce. Jedną z nich była słynna do dziś płyta kwintetu Piazzolli Nuevo Tango - "Hora Zero".

Co Pana szczególnie urzekło w muzyce argentyńskiego mistrza?

Jej wachlarz emocjonalny jest olbrzymi. Poza tym Astor Piazzolla miał, wcale nie tak częsty wśród XX-wiecznych kompozytorów, nieprawdopodobny zmysł melodyczny - dar pisania przepięknych, wpadających w ucho melodii.

Jaka jest Pana recepta na połączenie ciekawego, ambitnego repertuaru, niepopularnych utworów z sukcesem w sprzedaży płyt?

Zapytałem kiedyś Marissa Jansonsa, po jego koncercie w Los Angeles, podczas którego fenomenalnie poprowadził 5ta Symfonię Gustava Mahlera, czy zamierza nagrać to wielkie dzieło. Odpowiedział skromnie, że rynek płytowy już się nasycił i nagrań wielkiego repertuaru jest pod dostatkiem... Nie czuję potrzeby utrwalenia kolejnej wersji,,Wariacji” Rossiniego czy,,Grand Duo Concertant” Webera. Szukam innego repertuaru, który zaintryguje mnie, moich muzycznych partnerów oraz potencjalnego słuchacza. Stąd też niecodzienne połączenie instrumentalne klarnetu z gitarą czy z akordeonem oraz stylistyczna różnorodność moich płyt. Album,,From the Shadow to the Light” zawiera utwory XX-wieczne, w tym kilka fonograficznych premier. Materiał zarejestrowany na płytach,,Duo Guitarinet” i,,Il Convegno” oscyluje wokół muzyki o nieco lżejszym, głównie latynoskim odcieniu, co jest właśnie efektem mojej wielkiej, trwającej od lat fascynacji muzyką Ameryki Południowej. Kilka lat temu, dla firmy Dux, nagrałem album z,,poważną” muzyką kameralną argentyńskiego kompozytora - Carlosa Guastavino oraz Sonatę Op.120 Nr 2 Johannesa Brahmsa. Partnerował mi znakomity pianista, Wojciech Kocyan. Z tej płyty jestem bardzo zadowolony i album nieźle sobie radzi na rynku w Stanach Zjednoczonych. Ostatnio zainteresował się nią także importer francuski.

Co by Pan zmienił w polskim rynku muzycznym?

Stanowczo zbyt wiele czasu pochłaniają mnie sprawy związane z życiem koncertowym. Nie skarżę się, ale czasem brakuje mi tej normalności, w której muzyk po prostu koncertuje, a całą resztą - inkasując zazwyczaj pewien ustalony procent od honorariów - zajmuje się profesjonalny agent. Niestety nasz rodzimy rynek prawdziwych menadżerów kultury nie wykształcił. Trwające od lat problemy instytucji muzycznych wydają się coraz większe, lecz kadr przygotowanych do rozwiązania problemów wciąż brakuje. Muzyka tzw. poważna na rynkach krajów zamożnych jest objęta mecenatem wielu instytucji, a u nas broni swej rangi w kulturze narodowej w samotności.




ClarinetFest 2005 - raport z Tokio
Jan Jakub Bokun

Tegoroczny Światowy Kongres Klarnecistów został zorganizowany po raz pierwszy w Azji. Dzięki staraniom The Japan Clarinet Society oraz International Clarinet Association ClarinetFest 2005 zadowolił nawet najbardziej wybrednych uczestników tej prestiżowej imprezy. Sama lokalizacja ClarinetFestu na przedmieściach Tokio była przysłowiowym strzałem w dziesiatkę. Parthenon Tama to otwarty w 1987 roku kompleks sal koncertowych, konferencyjnych i muzealnych 30 km na zachód od Tokio, w sercu liczącego 142 tys. Tama City. Zwieńczenie górnej kondygnacji oraz nazwa budynku zaczerpnięte z greckiego Partenonu symbolizują kulturalno-artystyczne centrum miasta Tamy.

Podczas odbywającego się w dniach 20-24 lipca br. kongresu zaprezentowało się ok. 200 solistów i kameralistów z całego świata, w tym wielu wybitnych klarnecistów największego formatu. Sercami tłumnie przybyłej publiczności zawładnęli Alessandro Carbonare, Philippe Cuper, Ricardo Morales, Michel Arrignon, Larry Combs i Michel Portal. Obok sław pojawili się też młodzi artyści, których festiwalowe prezentacje wzbudziły ogromny entuzjazm - Francuzi Jean-Daniel Bugaj, Olivier Patey ( niedawny zwycięzca konkursów im. Nielsena i ARD) i Japonka Yuko Hattan to sam kwiat klarnecistów młodego pokolenia. Nie zawiedli jazzmani - 82-letni król be-bopu Buddy de Franco, odważnie eksperymentujący z basklarnetem Louis Sclavis czy mega gwiazda Eddie Daniels, którym towarzyszyła pozbawiona niestety swingowego feelingu Fest Special Jazz Orchestra 2005.

Polskę reprezentował autor tych słów, w duecie z akordeonistą Michałem Mocem. Nasz koncert, zatytułowany przez organizatorów Greetings from Poland był też jedynym polskim akcentem festiwalu.

Otwarte lekcje mistrzowskie poprowadzili Michel Arrignon z Conservatoire National Supérieur de Musique de Paris, Charles Neidich z Julliard School of Music oraz Wenzel Fuchs z orkiestry Filharmoników Berlińskich. Jak co roku nie zabrakło też konkursu młodych klarnecistów Young Artist Competition oraz wykładów muzykologicznych związanych z tematyką klarnetową.

Czołowi producenci instrumentów podzielili między siebie (i swoich najbardziej reprezentatywnych artystów) wieczorne koncerty galowe odbywające się w szczelnie wypełnionej sali koncertowej ( 1500 miejsc) z towarzyszeniem Japan Chamber Orchestra oraz Strofinare Orchestra pod dyrekcją Chikary Iwamury. Wystawcy oraz producenci klarnetowych akcesoriów, płyt CD, wydawcy materiałów nutowych nie kryli zadowolenia - w ciągu 5 dni ClarinetFest odwiedziło prawie 200 tysięcy ludzi z całego świata.

Dominowali jednak Azjaci spragnieni muzyki w sposób niemalże fizyczny i rzadko spotykany w innych częściach świata. To ich entuzjazm, euforyczna radość i wzruszenie wyrażane niekończącymi się kolejkami po autografy, zdjęcia czy uścisk dłoni nadały festiwalowi atmosferę, której nikt z uczestników szybko nie zapomni. Przed organizatorami ClarinetFest 2006 w Atlancie nie lada wyzwanie!



biografia repertuar recenzje płyty zespoły kameralne artykuły/wywiady kontakt aktualności strona główna articles/interviews